Tak trzeba żyć!

Tak trzeba żyć!

Jakieś 3 tygodnie temu, gdy z samego rana wyszedłem z pociągu i było 5 stopni, zacząłem się zastanawiać czy rzeczywiście dobrym pomysłem jest cisnąć 150km do Szczecina. Żeby było śmieszniej, mogłem przeczekać dłużej niż godzinę u rodziców w domu, ale okazało się, że po 15 może padać, więc czas mnie gonił. Goniłem ile mogłem, a gdy wróciłem do domu ślad który wrzucałem na Stravę zatytułowałem „Chyba ostatnie Gran Fondo w tym roku.

I chwała mi za to zwątpienie, bo ostatnio natknąłem się na FB wydarzenie Pomorza Zachodniego „Wszyscy jedziemy do Godkowa”. Zapytałem Piotra czy jedziemy podstawionym pociągiem i wrócimy jakoś przez Niemcy żeby wyszło +100km. Ale Piotr stwierdził, że możemy przecież pojechać do Godkowa rowerami i wrócić przez Niemcy. Wyjdzie przecież trochę więcej. No i wyszło 211km.

Generalnie wrzuciliśmy info na grupie Szosa Szczecin. Zostaliśmy ostrzeżeni, że odcinek ścieżki jest be, bo żwir, bo dziury i bo gravel i nie dla szosy. Może coś w tym było, bo do 90km mieliśmy 4 awarie związane z dętkami, ale co z tego.

Jechaliśmy we trójkę, każdy nie tak ubrany. Ja zapomniałem rękawiczek, Artur spojrzeć na termometr i jechał na lekko, a Piotrek miał tyle warstw, że gdzy zrobiło się 25 stopni, to nie wiedział gdzie to wszystko pomieścić.

Przy wschodzie słońca, gdy tylko opuśliliśmy Polskę, Piotrek złapał pierwszego snejka. Pech jak pech, ale jakie to ma znaczenie, jak przez te wszystkie kilometry chyba nie widzieliśmy więcej samochodów niż mieliśmy dętek. A mieliśmy 3.

Chyba nie skłamię, że pomimo nienajciekawszego (jak dla mnie) przejazdu przez całe miasto żeby wyjechać ze Szczecina, to będzie moje nowe ulubione 200km Gran Fondo. Kluczem do zadowolenia z wyjazdu będzie: a) wczesna pobudka, b) dwie dętki na zapas i pudełko łatek.

Wyjazd nie jest zbytnio skomplikowany. Musisz dostać się do granicy w Kołbaskowie. A w Neurochlitz trzeba wskoczyć na szlak rowerowy prowadzący do Mescherin tuż przy granicy z Polską, którą należy przekroczyć, żeby dojechać do Gryfina. Za Gryfinem bardzo przyjemna droga. Asfaltowa ścieżka praktycznie w całości odseperowana od ruchu samochodowego. Dalej kilka odcinków gravel’owych (szutrowych).

Można to zrobić na szosie bez problemów, z problemami, ale tak czy siak się to zrobi. Wszystko zależy od techniki i prędkości. Nam udało się złapać 3 gumy na tych właśnie odcinkach. Nie wynikało to z braku techniki. Wijąca się droga przez las, światło porannego słońca, las i prędkość nas zgubiły. Choć faktycznie zanotowaliśmy prawie godzinną obsuwę na ustawkę z grupką która dojechała do Godkowa pociągiem.

W sumie to warto też wspomnieć o rozciętej oponie, co przytrafiło się Piotrkowi. Na taką ewentualność można polecić łatki do opon. Niestety Piotr zostawił je w pracy, ale i tak daliśmy radę.

O trasie od Trzcińska do Siekierek ciężko napisać coś więcej niż „to trzeba przejechać”. Jak jedziesz sam, to możesz zamontować Kindla na kierownicy bo jedziesz po eleganckiej ładnej drodze rowerowej, w sumie jak na autostradzie.

No dobra, mogę jeszcze napisać, że przecież było na niej „święto rowerzystów” w postaci otwarcia trasy, po którym oficjalnie jesteśmy (nie z naszej winy) w stanie wojny lajkra vs rowerzyści za ciągłe powtarzanie „lewa wolna”.

Stety-niestety, na odcinku kilku kilometrów wręcz błagaliśmy o tunel życia dla kolarzy. By jak najszybciej wyminąć podobno około 500 rowerzystów i na obiad dotrzeć do domu. W sumie to drugi obiad, bo pierwszy zjedliśmy na niemieckim targowisku w polskim Osinowie. Albo polskim targowisku z niemieckimi restauracjami, w których ceny podane były w euro, ale Tyskie i szaszłyk był jak najbardziej Polski.

Tak naładowani ruszyliśmy wzdłuż Odry już dość znaną „autobahną”. Wiatr wiał odpowiednio. Trójka koni która wyszła świeża z pociągu w Godkowie, zadbała o dobrą zabawę w postaci kilku zrywów +50km/h. Było mocno, przyjemnie i nawet skutery zostawialiśmy za sobą. Na tej perfekcyjnej drodze, nie obyło się bez zmiany dętki. Chyba za długo robiliśmy „siku-stop”, ale nawet to nie zepsuło zabawy.

Było chyba najlepiej  „tego sezonu”. Start o 5:58, powrót chwilę przed 17. Temperatura na starcie koło 6-7 stopni, a w najcieplejszym momencie prawie o 20 więcej. Po prostu tak trzeba jeździć, tak trzeba żyć!

Dzięki!

STRAVA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.