Jak sobie myślę o tym wyjeździe, pierwsze co mi przychodzi na myśl to wilgoć, rude igiełki wzdłuż niby asfaltowych ścieżek, smażony syr i zimne Krusovice. Dużo krótkich podjazdów i dużo krótkich „dzikich” zjazdów. Mógłbym porównywać wypad do Jeseników, ale chyba to nie ma sensu. Czeska i Saksońska Szwajcaria to moje miejsca numer jeden jeżeli chodzi o coś z klasyfikacji: ulubione miejsce do którego lubisz wracać jesienią, oprócz Uznamu. Bo dom się nie liczy. Ale jest coś co łączy oba te miejsca które najlepiej wypadają jak jest jakoś 14 stopni, po sezonie, z lekkim deszczykiem. Wtedy każda pauza pod dachem, z niespieszno konsumowanym obiadkiem po drodze smakuje zupełnie inaczej. A wraz z powrotem do schronienia czujesz, że zyskałeś kilka punktów do epickości wypadu. I po prysznicu siedząc w ciepełku wiesz, że zrobisz to jeszcze raz. Zdjęcia tego nie oddają, tego uczucia nic nie podrobi.

Jak kończysz imprezę o 4:50 z kebsem w łapie, to jesteś ktoś. Raveowiec, wixiarz i masz pokłon u młodzieży. Jak zaczynasz dzień 4:30, zakładasz bibsy, pakujesz kieszonki na plecach, robisz dwójkę na czas, na koniec upewniasz się, że masz spoko ciśnienie w oponach, a w aparacie na pewno masz kartę

Pomysł na Jeseniky pojawił się, jak to wszyscy super blogerzy (a ja nie) pojechali na ustawkę. Po Czeskiej Szwajcarii myślałem, kurwa co tam może być takiego EKSTRA, żeby się nad tym rozwodzić na różnych profilach? No ale coś musiało być więc postanowiłem, że tego lata jak będzie wolne to kopsnę się i zobaczymy. Dzięki magii soszial mediów „poznałem” i odezwałem się do Tomka Jędrzejewskiego i Ani Tkocz, z prośbą o jakieś ciekawe ślady. Bo jak spojrzałem w planerze Komoota to oprócz linii prostej do Pradziada nie wiedziałem co tam rysować. Za dużo dróg, gór i potencjalnie ominąłbym wiele ciekawych miejsc.

Paprykarz z Gruzem to niskobudżetowa produkcja gravelowa w okolicach Szczecina. Wydarzenie w formule Fastest Know Time. Startujesz o której chcesz, z którego miejsca chcesz. Start rywalizacji od bożego ciała, do pierwszego szkolnego dzwonka (16.06-31.08). Wykręcasz czas brutto i bierzesz udział w rywalizacji. A na koniec spotykamy się w pubie ze

Można pojechać do Toskanii, szutrować po Strade Bianche, zajadać się gelato i podziwiać fiaty panda za pół darmo. Ale można też pojechać do Chojny, szutrować po czarnoziemach, zajadać się zapieksami z orlena i uważać żeby król paseratti nie rozjechał nas na drodze. Jedna i druga opcja jest super, My oczywiście

Drogi pamiętniczku wiem, że długo nie pisałem. Może to brak weny, może to lenistwo. Może tak ma być, że będę publikował 4-5 wpisów na rok. Może i będę się powtarzał, pisząc kolejny raz o tym samym. Przynajmniej tym razem wysilę się tylko na wystarczającą liczbę znaków. Trudno, co zrobić gdy odcinki na Wyspie Wolin to po prostu Uber Sztos.

Jeżeli miałbym sprawdzić opcje rowerowe na dziś, to by były dwie. Można było wystartować w przełajach w Policach. Pojeździć godzinkę, machnąć ~11km, poczuć się jak pros i nie wygrać nic. Lub kupić bilet na pociąg do „gravelowego parku rozrywki” na wyspie Uznam, pojeździć 5h, machnąć 115km i wygrać życie!

Możesz pojechać na ustawkę, machnąć 100km w 3h. Po czym dziękować stwórcy, że nie odpadłeś na pierwszym zrywie, nie wylądowałeś w rowie, a gościu na rowerze za 30k stwierdził, że nawet nieźle jeździsz na tym padle za 10k. Możesz, bo czemu nie? Ale możesz też dostać od kumpla wiadomość enigmatycznym

Z jednej strony mam ostatnio chęć wybrać się na coś WOW, by później móc wrzucać foty z takiej Majorki, Innsbrucku czy innej tam Gardy. Z drugiej strony miałem ochotę złapać ostatnie letnie dni, gdzieś na pograniczu Dolnego Śląska i Czech. Skrolując mapę na koomotcie wiedziałem, że Czeska Szwajcaria to jest

Z urlopem jest tak, że najpierw zaczynasz planować epickie pętle, potem odliczasz tygodnie, dni. A jak już przyjdzie to okazuje się, że pogoda ma swoje plany. Plus jest taki, że na moim komootcie mam zapisanych około 100 różnych „planned routes”. Więc alternatywa się zawsze znajdzie. Pierwotnie miałem chęć zaliczyć Bohemian

10/54