České Švýcarsko Sächsische Schweiz III 39 scaled

České Švýcarsko / Sächsische Schweiz

//////

Googlując sobie jak jest odpowiednik niemcofila dla czechofila, wyskoczyły mi: „niemcofobia”, „jak nazywa się wstręt do wszystkiego co związane z Niemcami?”. Wychodzi chyba na to, że Polak nie może darzyć sympatią wszystkiego co związane z Niemcami, ale na pograniczu czesko-niemieckim po prostu nie może być inaczej i trzeba lubić jedno i drugie. Tym bardziej, że ścieżki przeplatają się tam między jedną a drugą stroną granicy. (Tak, wiem. Niemcofil to inaczej Germanofil, ale zdziwko i tak było).

Jak sobie myślę o tym wyjeździe, pierwsze co mi przychodzi na myśl to wilgoć, rude igiełki wzdłuż niby asfaltowych ścieżek, smażony syr i zimne Krusovice. Dużo krótkich podjazdów i dużo krótkich „dzikich” zjazdów. Mógłbym porównywać wypad do Jeseników, ale chyba to nie ma sensu. Czeska i Saksońska Szwajcaria to moje miejsca numer jeden jeżeli chodzi o coś z klasyfikacji: ulubione miejsce do którego lubisz wracać jesienią, oprócz Uznamu. Bo dom się nie liczy. Ale jest coś co łączy oba te miejsca które najlepiej wypadają jak jest jakoś 14 stopni, po sezonie, z lekkim deszczykiem. Wtedy każda pauza pod dachem, z niespieszno konsumowanym obiadkiem po drodze smakuje zupełnie inaczej. A wraz z powrotem do schronienia czujesz, że zyskałeś kilka punktów do epickości wypadu. I po prysznicu siedząc w ciepełku wiesz, że zrobisz to jeszcze raz. Zdjęcia tego nie oddają, tego uczucia nic nie podrobi.

Patrząc na mapę moich kwadratów z Czech mam wrażenie, że moje uwielbienie jest wyolbrzymione. Ledwo liźnięte północne rejony w okolicach „szwajcarii”, Luzicke Hory i Jeseniky. Trochę to smutne, że dla nas najbliższe opcje to te z 4-5h dojazdem ze Szczecina. Wtedy nawet się cieszymy, że po przyjeździe jeszcze można skoczyć na krótką pętlę. I tak wyglądał plan na pierwszy dzień, wczesna ustawka niczym na pociąg przed całodzienną jazdą. Pakowanie rowerów na hak, krótka lekcja odnośnie podłączenia świateł z bagażnika. Przejściówek 13 na 7, leroy, castorama, jula, YOLO i jedziemy!

Po czterech godzinach jazdy z przerwą na kawe u Obajtka, docieramy na miejsce. Bazą miała być sprawdzona mieścinka – Krasna Lipa. W której infrastruktura towarzysząca wyglądała tak: browar na ryneczku – idealny na każde zapisanie wyprawy w garminie wraz z kuflem piwa. Do tego „chiński” market – niczym nasz Groszek czy Lewiatan na wsi – kupisz wszystko. Mają zimne piwo, świeże pieczywo i wielką meblościankę alkoholi wzdłuż kolejki do kasy. Najważniejsze – czynny siedem dni w tygodniu, w sobotę i niedzielę krócej – do 19:00 i można płacić kartą! Nocleg klasycznie – wyszukany na bookingu. Tym razem udało się znaleźć prawdziwą perełkę! Apartament Mirror – super dwupoziomowe miejsce z opcją spania dla 3-7os, prowadzony przez Mirke która przywitała nas domową babką!

Chwilę przed 14:00 byliśmy już w siodełkach. Pierwszego dnia mieliśmy w planie przejazd przez oba Parki Narodowe, z obowiązkową przerwą na złote paliwo.

Los chciał, że po 2 kilometrach jazdy byliśmy na planie Gry o Tron czy innej produkcji fantasy. A pare kilometrów później zostaliśmy nagrodzeni czeskim piwem. No cóż, taki los co zrobić? Wyjeżdżasz z lasu a tu cztery knajpy i nie wiesz którą wybrać. Wybraliśmy tą z psem na ogródku, chyba jasna sprawa?

I nawet jakbyśmy chcieli się do czegoś przyczepić to chyba tylko do odcinka specjalnego z podjazdem wzdłuż leśnych schodów, rodem z XC. No ale w sumie nie mogliśmy bo i tak dało się część podjechać. A te 20m to można popchać rower do góry. Tym bardziej, że można było sobie skręcić kark od tego ciągłego rozglądania się w koło na te skalne twory. Więc tak było bezpieczniej.

Niemiecka część Parku, przywitała nas biegnącym i krzyczącym za nami strażnikiem – „Jungs! Jungs! Tam prosto nie wolno rowerami”. Ale my wiedzieliśmy, że nie wolno i strażnik skinął z respektem na nas, że „alles klar”! Bo choć polaczki z nas i potrafimy przejechać po zamkniętej przez policję drogę. Albo przez kamieniołom w Czechach choć nie wolno. To wiemy, że w Saksońskiej Szwajcarii niektóre trasy są ino piesze, z zakazem dla rowerów (wiemy z komoota c’nie?). Ale żeby nie było tak źle dla nas pedalarzy. Przez całą niemiecką część Parku prowadzi szlak „National Park Radroute”, który jest perfekcyjnym gravelowym złotem. Góra, dół, zakręt siup, premium szutr!


I ta sielanka tak trwa, aż nawet nie wiadomo kiedy znowu przelot z tabliczką, że witamy z powrotem w Czechach. Że za parę kilometrów po tej pięknej widokówce co nas otacza, znowu czeka na nas domek z piwkiem. Tak idealnie na granicy Parku „na do widzenia”. Żebyśmy sobie mogli przycupnąć, odpocząć i przemyśleć co tu się odjaniepawla!

Tak było. A to dopiero 80km za nami i prawie 3 razy tyle przed!

Drugiego dnia, plan był ambitny. Od samego rana, a nawet poprzedniego wieczoru Radar Pogodowy był wyświetlany na czterech telefonach. Powiedzmy sobie szczerze, byliśmy gotowi na jazdę z mokrą wkładką.

Z zaplanowanych 136km pierwsze 40km wleciało jak złoto. Przelot przez oba parki z krótką pauzą nad Łabą minął chyba w 40minut. Tego dnia poznaliśmy pierwszy argument wyższości czeskiej strony nad niemiecką. A raczej „niższości”! Bo czeskie piwo po niemieckiej stronie w walucie europejskiej to jakieś nieporozumienie. No ale może to cena która pomoże Niemcom uzbierać na kolejne koszty reparacji wojennych? Nie wiem, nie znam się.