Pojezierze nach Piła Główna

|||

Mógłbym streścić ten wyjazd w trzech memach:

„nie powinienem tego robić, ale ch*j”

„ale ekipę zmontowaliście…”

„zawsze miałem łeb do interesów”

Ktoś dobrze zorientowany szybko domyśli się, że chodzi o „Chłopaków z baraków”. Ktoś mniej pewnie i tak rozszyfruje jak wyglądał nasz ostatni wypad. Jeżeli chodzi o stosunek długości jazdy do czasu trwania przedsięwzięcia to wyglądało to dość mizernie. Czterdzieści kilka kilometrów vs. wyjście z domu o 8:00 i powrót o 19:15.

Postanowiliśmy wykorzystać ślad, który chyba od pół roku miałem zapisany na Komoot. Plan zakładał dojazd pociągiem w okolice Bornego Sulinowa. Włóczęga po lasach i dojazd do Piły, gdzie mieliśmy opcję noclegu w hotelu Gromada. Czasem jest tak, że bardziej się chce, niż warunki pozwalają. Tym razem właśnie tak było. Aczkolwiek dość szybko okazało się, że jednak warunki sprawiły, że po czterdziestu kilku kilometrach już nam się nie chciało, bo warunki nie pozwalały na więcej.

„Nie powinienem tego robić, ale ch*j”

Wstałem rano i to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy. Standardowo sprawdzam telefon – Grzesiek pisze, że nie będzie tak źle – „Dawaj jedziemy”. No okej, szybki prysznic, z psem na spacer. Rower przygotowany, prowiant również. Lecę na dworzec, nie jest źle. Serio, nie jest ŹLE. W pociągu jest sucho, w pociągu jest ciepło, w pociągu mam gdzie siedzieć. W Dąbiu dołącza Grzesiek. Uśmiechnięty i już lekko mokry. No bo zapowiadany deszcz jak w zegarku, zaczyna kropić tak jak to w pogodzie zaplanowali nam na złość.

„Ale ekipę żeście zmontowali”

W pociągu nie jest źle. Siedzimy w cieple, a za oknem warun coraz ciekawszy. W Stargardzie zaczynam współczuć przemoczonym pasażerom. Za niedługo będziemy wyglądać podobnie. Konduktorka patrzy się na nas z politowaniem i pyta jaki plan na dziś. Zapewne w głowie miała scenę kiedy Ricky patrzy na „ekipę totalnych poj****”. Później dowiadujemy się, że Pani jedzie również do Piły a dalej powrót na Szczecin. Żartem rzucam, że może razem będziemy wracać. Ale po paru minutach jesteśmy na miejscu. Nie jest lepiej, ale niby to tylko godzina mocnego deszczu, godzina lekkiego i sucho. Z dwóch stopni ma się zrobić 6. A na mecie czeka nas czysty, ciepły hotel, prysznic, jedzonko, a nazajutrz lekki deszczyk..

Lecimy. Leje chyba bardziej, niż to widać było z pociągowych okien. Przejeżdżamy przez wioskę i mamy pierwsze „gravelowe złoto” pt. tu chyba powinna być droga, ale w tym deszczu bagno wygląda jak bagno, a nie jak droga. Ale da się jechać, w końcu jak trzeba mocniej depnąć i się spiąć to nawet ciepło, nawet przyjemnie. Później czeka nas kawałek asfaltu, dużo lasów. Całkiem niezłe gravelowe drogi, skąpane czasem w niezłych kałużach. Chwilami dosłownie basen. No cóż, pociąg powrotny ze stacji z której startowaliśmy jest o 12, na zegarku 11:36, Grzesiek nieźle ciśnie. W sumie trzeba kręcić dalej, jakoś to będzie.

Kolejna godina to kręcenie byle nie myśleć o niczym innym niż o poprawnej kadencji i uciekających kilometrach. Do mety przecież jakieś 60-70km. To czasem 2h jazdy. 2,5h ale dzisiaj raczej jeszcze minimum 3h. Staram się myśleć czy jesteśmy jeszcze w jakiejś opcji zawrotki na Szczecinek, ale mało to prawdopodobne bo dróg dobrze tu nie znam. Nie mam siły na zatrzymywanie się i sprawdzanie na telefonie kierunku jazdy na każdej krzyżówce więc trzeba tułać dalej. Szczerze powiem, że taki warun był na RTP2019, przy czym najgorszy deszcz spędziliśmy podczas ewakuacji z Uwe w suchym, ciepłym samochodzie. Kolejna myśl to awaria – jakby ktoś z nas złapał kapcia to nie wiem jakby się nam udało zmienić dętkę, a co dopiero grubsza sprawa. Na koniec, przy prawie 2h kręcenia deszcz jakby się wzmaga. To był głupi pomysł, okej. Trzeba kręcić, nie ma innej opcji.

Wyjeżdżając z lasu, jadąc zalaną piaszczysto-błotną drogą widzimy bardzo wysoki nasyp kolejowy. Na nim trakcja w całkiem niezłym stanie. Szybko podejmujemy decyzję, że trzeba sprawdzić gdzie jesteśmy i czy gdziekolwiek dojedziemy. Na tabliczkach widać „Okonek”, okej ale czy jest tu czynna stacja? Czy dojedziemy do cywilizacji? Szybka przepytka napotkanych ludzi – nie ma stacji, następny – jest stacja za 2km, można do Szczecinka lub Piły. Druga dobra wiadomość – jest budynek i prawdopodobnie otwarta poczekalnia. JEDZIEMY!

„Zawsze miałem łeb do interesów”

Do poczekalni praktycznie wjeżdżam z drzwiami. Szybko ustawiam rower, zrzucam mokre rękawiczki i odpalam apkę PolRegio. Z pewnymi trudnościami sprawdzam pociąg – za 40min mamy połączenie do Piły z przesiadką na Szczecin. Chciałem od razu uiścić opłatę, zarezerwować sobie miejsce w ciepełku itd. Lecz palce nie współpracują. Z rękawa leje się woda na ekran dotykowy, a piasek na palcach też w niczym nie pomaga. Dwa razy próbuję odpalić Blika i wkleić numer. Jakoś się udaje, mały sukces. Jesteśmy uratowani, głupi zawsze ma szczęście, a jak spojrzeć na to, że była nas dwójka to już w ogóle jakbyśmy trafili szóstkę.

Nadal przed nami pół godziny oczekiwania w pomieszczeniu góra 10stopni. Ale to nic, w porównaniu do tego, że w domu będziemy za pięć godzin! Trochę się telepie, Grzesiek ma ubaw z tego obrazu nędzy i rozpaczy i przytomnie ściąga mokrą kurtkę i kamizelkę. Po czym płynnie przechodzi do rozgrzewki i machania rękoma. Ja rozpakowuję podsiodłówkę i wyciągam suchy baselayer i kamizelkę puchową. Do Piły nie zakładamy niczego innego, a w rowerowym odwalamy mikro suszarnię, tak aby chociaż mieć lekki komfort na powrocie z dworca.

Mam wrażenie, że tego dnia jesteśmy na ustach całej zmiany PolRegio. Na peronie Pani z okienka cała ubawiona naszą katastrofą wskazuje nam odpowiedni peron, abyśmy nie przegapili naszego zbawiennego pociągu relacji Okonek – Piła. Oczywiście w nim spotykamy konduktorkę z którą wyjechaliśmy ze Szczecina, a która nas tam bezpiecznie odprowadzi kolejnym składem.

W Pile meldujemy się w samych layerach i kamizelkach, wysiadamy na peron i idziemy szukać grzejnika na główny. Naprawdę nie bierzcie z nas przykładu, głupki mają szczęście ale to nie zawsze tak działa. W Pile spędzamy czas w wielkiej, ogrzewanej sali kawiarnianej. Zamawiamy tosty z serem i ciepłą czorną kawę. Grzesiek podziwiając sztukę sprawdził stan kaloryferów – hajcowały tak, że spokojnie przez godzinkę wyschły nam kurtki w oczekiwaniu na pociąg powrotny.

Czy było warto? Nie. Czy straciliśmy bez sensu czas i kasę? Nie. Nie chodzi o to, żeby romantyzować gównianą jazdę, czy spłycić to do tezy, że każda okazja jest dobra aby napić się piwa w pociągu. To faktycznie był najgorszy warun od czasu RTP2019. To była przygoda w stylu „taki jesteś cwaniak kolego i myślisz, że to dobra pogoda na rower – no nie, masz pstryczek nos, ogarnij się i nie rób więcej takich głupot”. Czytaj – „przez parę lat, a potem znowu coś takiego głupiego zrobisz”. Pewnie tak. Sprawdziliśmy gdzie są nasze granice i wiem, że następnym razem przełożymy jazdę. Czekam na wiosnę i wracamy na Pojezierze i lecimy na Piłe. Mam nadzieje, że tym razem na sucho.