jeseniky 087

Czech Tour

////

Jak się mieszka nad morzem lub w płaskopolsce, to każdy wyjazd w góry zaczyna się od wzięcia choć jednego dnia urlopowego + wolny weekend. Do tego przegląd bookingu z naciskiem na tanio, dobrze, niedaleko śladów. W sumie to zaczyna się od znalezienia na stravie jakiejś inspiracji, bądź gotowy ślad. Jak w tym przypadku „Jeseniki dla niecierpliwych” Łukasza Tawkina.

No wiec, mamy wolny weekend, mamy booking, tani dobry, mamy trasy. I tera trzeba zaklinać pogodę i trzymać kciuki. Czy składać ofiarę i liczyć, że się uda. A jest zawsze tak samo. Zapowiada się że będzie ciepło, słonecznie. Potem wlatuje jakaś deszczowe spitolenie, potem się przejaśnia i jednak może być całkiem nieźle. Ale znowu spada temperatura i po prostu będzie w kratkę. I jak tylko nie będzie padać, to trzeba jechać i tyle.

Tym razem nasza kratka była raczej deszczowa. No trudno. Nie po to się wymienia w kantorze te złotówki na koronki, żeby teraz miękła faja i się wycofywać. Ustawka o 5:00, pakujemy graty i ciśniemy do Koutów. Zostawiamy graty i lecimy na trasę. Pierwszy dzień miał być luźny, bez fajerwerków. Zobaczyć trochę kraju na południe od Koutów. Zaliczyć kilka szutrowych dróg. Kilka nowych i pare starych. Na koniec skoczyć na piwko w Leśni Bar. Pózniej powrót przez szutrówki pod Serakiem i podjazd pod Červenohorské Sedlo. Wisienka w postaci zjazdu i jesteśmy w domu. Generalnie trasa lajt, ale nauczony pierwszym dniem nad Gardą, nie chciałem zbytnio przesadzać. W końcu na drugi dzień trzeba być świeżym bo lecimy skoro ranek, sporo po górach. Jak pogoda da.

Jak się okazało wieczorem, drugi dzień zapowiadał się jeszcze ciulowiej. Jedyne co to wiedzieliśmy, że nie trzeba wstawać z żadnym budzikiem. 8, 9, 10, 11, piwo, 12, ubrani, w kaskach, czystych okularach. Jednak nie, 13, 13:30. Jedziemy!

O tej porze to już niestety trzeba było robić szybki edit trasy. Udało się ulepić coś z planu, ale jednak krócej. Bo na 52km, 1500m w pionie to nie wycieczka na Blankensee. Pętla zaczęła się rześko. Błotnie, albo raczej gloniaście. Już zacząłem wątpić w moje ukochane IRC’e ale każdy z nas miał problem z podjazdem pierwszej górki. Miło, na dzień dobry zapowiada się ciężko..ale później było lepiej, pięknie, najlepiej w chu. Nigdy, naprawdę nigdy nie powiedziałbym, że pętla 52km będzie gravelowym sztosem. I może te przewyższenia nie są tak super gravelowe, to aura która towarzyszyła nam przez cała drogę urwała dupę. A te 52km to najlepsze 50km jakie w życiu przejechałem. Oczywiście w międzyczasie udało się nam wciągnąć smažený sýr. Popić radegastem i zjechać pięknie do Koutow na bazę. Pogoda vs my 1:1.

Trzeciego dnia, klasycznie odpaliliśmy starą jak świat zasadę, jak nie leje to lecimy. W planach było prawie 100km, z Dlouhé Stráně i Pradziadem. Każda godzina w plecy na rzecz przeczekania warunków mogła spowodować, że będziemy wracać po ciemku. Na szczęście nie powtórzyło się odkładanie wyjazdu z dnia poprzedniego. Pobudka przed 8. Kawka, śniadanie, toaleta i ruszamy po 9:00 cudo! Można rzec, że pykneliśmy pogodzie gola w pierwszej minucie. 2:1 dla nas. Pierwszy podjazd, wszedł na miękko. Coś tam było, ale pogoda, słoneczko i ciepełko dodało nam skrzydeł. Wjeżdżamy na Dlouhé Stráně, raczymy się ISO i zjeżdżamy do drugiego podjazdu na Švýcárna. Chmury wyglądają conajmniej na burzowe, ale odwrót w dół i podjazd dają nam zapas czasu, żeby się wypadało i żeby na sucho zaliczyć Pradziada. Wjeżdżamy na znane ścieżki, lecimy po płytach, deseczkach i meldujemy się na Švýcárna. Która mi bardziej pasuje klimatem niż schronisko na Pradziadzie ale co tam. Ostatnie szuterki podciąga nam jakiś lokals na BeeMCe. Szarpie tempo i zostawia nas samych na asfalcie. Szybka podwózka do dziada i jesteśmy.

Na górze dowiadujemy się ze Krzysiek Froome jest w okolicy w ramach ścigu kolarskiego (Czech tour). Śmiejemy się i lecimy w dół. Bo przecież po to się podjeżdża i o to chodzi co nie? Zjazd z Pradziada psują nam trochę autobusy, ale bawimy się w ostrokołowców z NYC i łykamy dwa. Pózniej małe zagubienie na śladzie, drugie życie nóg Grześka który idzie podjazdy jak świeży i jesteśmy na starej ścieżce, która znamy z zeszłego roku. Jakieś 16km i żremy smažený sýr, a do końca mamy koło 10km w dół, nie licząc małego pypcia po drodze. Nogi Grześka rwą go do góry. „Lecim na Szczecin”! Już niedaleko, ostatni podjazd i jemy. Słońce coś zaszło, znowu będzie wiać. A chu tam. Grzmi, kropi. Cisza. Jest okej, ciepełko i deszczyk nic nam nie robi, widać jadłodajnie, granatowe chmury również. Nieważne, wpakujemy się tam i jemy. A co, nawet burze przeczekamy.

Wyjeżdżamy z szutrów widzę mostek, asfalt. Niby jeszcze dzień ale jakoś ciemno. Korek? Co jest? Krzysiek Froome wpadł na ten sam pomysł co my. Zrobili metę na naszej mecie. Fajnie, wjechaliśmy na finisz, ludu w ciul. Pogoda zara nam dowali na 2:2, i sino-granatowe chmury zleją nas jak szczyli. Trochę robimy foto bo właśnie pierwszy raz trafiłem na finisz wyścigu kolarskiego. Trochę myślimy jak tyle luda pomieści się tu. Grzmi, wieje, meta zara odfrunie, a to ledwie ucieczka dojechała.

Rowery pod ścianę, znajdujemy swoje miejsce w przedsionku schroniska, Grzesiek leci po piwo. Peleton wjeżdża na metę. Mokrzy i pewnie nieźle nastraszeni, po grzmotach na 8km podjazdu. My susi, ja już z kuflem w ręku, werble 3:2 dla nas! Teraz tylko dekoracja zwycięzców, my już swoje złoto dostaliśmy. Lecimy w dół, z całym tym kolarskim cyrkiem. Trochę w chmurach, trochę w mżawce. Nieważne, tak trzeba żyć! Nigdy nie myślałem, że sroga burza wcale mnie nie zdenerwuje. Mokry i szczęśliwy, melduje się w Koutach. Kurtyna.