italia 167 scaled

Ciao Gravel! Ciao Garda!

///

Pisanie długich relacji to na pewno jest wyzwanie, bo nie wystarczy wypić kilka piw/kieliszków wina i jakoś to będzie. Pisanie długich relacji to wyzwanie, jeżeli zostawia się je na prawie miesiąc po powrocie z wypadu. A gdy słońce grzeje niemiłosiernie i po pracy można skoczyć na pętle 75km bez lampek bo i tak na powrocie będzie jasno – to już w ogóle. Kolejna trudność polega na streszczeniu wszystkich subiektywnych odczuć odnośnie każdego dnia, trasy, jedzenia. Ale chyba tego nie zrobię. Nigdy nie prowadziłem dziennika i nigdy nie potrafiłem barwnie pisać o każdym dniu. A było ich w sumie 9.

Mógłbym również spróbować przekonać Was i siebie, że każda decyzja była podjęta po skrupulatnym studiowaniu przewodnika lonely planet, tras giro dostępnych na stravie czy wyszukiwaniu najlepszych pętli na komoot. Nic z tego nie byłoby prawdą, bo większość wydarzeń była podyktowana przypadkiem i szczęściem. A największą trudnością było narysowanie odpowiednich tras pod rowery szutrowe.

Jedyne co zaplanowaliśmy, to godzinę wyjazdu. Umówiliśmy się, że pakujemy się dzień wcześniej, włącznie z rowerami na hak i wyruszamy chwilę po ustawce o 3:00. A o godzinie 18:00 przed ustawką nie mieliśmy bagażnika na 4os bo ktoś został wprowadzony w błąd. Ale jakoś to wyszło. Wystartowaliśmy chwilę po 3 i ruszyliśmy na (jak się okazało) idealną metę – czyli Arco Camping – nasza baza wypadowa, na którą zdecydowaliśmy się głównie ze względu na cenę.

Do racjonalizowania naszej decyzji przyczyniła się również lokalizacja w pobliżu rzeki (w której Janik moczył nogi za nas czterech) oraz cena. Jak się okazało w praktyce cztery brudne gravele przed werandą to idealna opcja na wypicie piwka i ogar napędu. Ponadto domek był wyposażony w podstawowe przybory kuchenne oraz dwie kawiarki i lodówkę, w której mieściło się z 15 piw. Jak dla mnie okej. O samym Arco mogę napisać tyle, że trzy lodziarnie to spoko opcja aby znaleźć te jedyne Gelato. Ponadto nie widziałem nigdzie tyle butików outdorowych na długości 150m deptaka. Najs!

italia 001 scaled

Jeżeli chodzi o sam dojazd to poszło nam nawet nieźle. Zanotowaliśmy obsuwę w postaci 1,5-2h głównie ze względu na korek przed Innsbruckiem. W sumie co ja tam mogę się wypowiadać skoro wygodnie sobie siedziałem, zajadałem się bułkami i co chwila przysypiałem. Jedyne co mnie interesowało to dojechać, rozpakować sprzęt i machnąć lekką rozbiegową pięćdziesiątkę. I tak prawie było, choć jednak zupełnie nie.

Pierwsze minuty na rowerze to były same ochy i achy. Kolejne trochę bardziej „kurła, japie co to za nachylenia japitole”. Ponadto przepiękne ścieżki wzdłuż winnic czy gajów oliwnych, czy tam jazda na czołówkę z Pandą. Nie ważne. Bo jak widzisz przed sobą piękne wijące się drogi na tle gór, a one na swoim tle mają jeszcze większe masywy, to może Ci odebrać mowę lub zaczniesz przeklinać z zachwytu. Nam się nawet udało zamknąć na kilka kilometrów, bo ciężko było komentować to co widzieliśmy. Zapominając, że za moment wracamy prawie 20-25km teoretycznie z górki, mając już praktycznie te 1000m przewyższeń.

Te pierwsze 13km dało mi dwie lekcje Włoch/Gardy na raz. Po pierwsze – nie ufaj włoskim ścieżką rowerowym, oni je „projektowali” dla Nibala czy innego łysola na Colnago, bądź po prostu pod emtb. Druga – z Riva del Garda czy naszego Arco, na pierwsze 10-20km przypada te 1000m przewyższeń, przyzwyczaj się lub kombinuj, znienawidzisz Komoot’a.

Jeżeli miałbym zrobić jedną trasę jeszcze raz, bądź zrobić ją jeszcze raz gdybym wiedział, że to moja ostatnia. Wybrałbym Passo Tremalzo, w najbardziej gravelowej aurze jaka mogła nam się trafić. Po drodzę na Tremalzo zaliczyliśmy pierwszy przejazd przez Rivę, pierwsze bajkowe szutry nad jeziorem, pierwsze piwko na ławce przed Lago di Tenno, pierwszą małą awarię przedniej przerzutki i pierwszy dłuuuuuugi podjazd szosowy. Który choć trochę przypomniał podjazd pod Pradziada. Ale to był inny poziom. Dosłownie i w przenośni.