Dolomity
Jadąc w Dolomity zadzwonił do mnie Bartek. Chwilę porozmawialiśmy i na koniec rzucił „Dolomity to najlepsze góry w jakich byłem”. Może nie byłem w wielu miejscach, Bartek zwiedził zdecydowanie więcej różnych gór. Ale to była cała prawda i na tym mógłbym zakończyć wpis. Dolomity (na szosie) to najlepsze góry w jakich byłem i jakbym miał podać jeden argument, to chyba to, że nie ważne gdzie skręciliśmy. Czy w kierunku Cortiny, na Selle Ronda, czy kierowaliśmy się już w kierunku Masare. Za każdą przełęczą widoki tak samo zachwycały, a góry – niczym postrzępione kły, za każdym razem wyglądały nieziemsko.
Podróż w Dolomity w tym roku nie była dla mnie łaskawa. Podobnie jak w zeszłym roku przy wyjeździe do Bormio, postanowiliśmy zrobić zbiórkę koło 19:00. Zapakować busa i ruszyć po zmianach 3-4 godzinnych za kółkiem, tak aby rano być na miejscu. Zjeść śniadanie, przespać się i już rozkręcić nogi. Wszystko przebiegło całkiem sprawnie. Tyle, że w busie w sumie nie udało mi się przespać, w dodatku czułem jakiś ból żołądka i niestety nie miałem apetytu ani mocy. A samo kręcenie po sklepie wyglądało mniej więcej tak, że wziąłem dwie bułki, pomidory, colę, wodę i banany i chciałem jak najszybciej położyć się do łóżka aby choć w 2-3h się zregenerować.
I tak jak tu nie opisuje wczesno-porannego przejazdu przez Włochy i widoków które już po drodze mieliśmy, tak mniej więcej wyglądał mój zapał do jazdy i gór. Po prostu nie miałem na to sił.



Za bazę wypadową służyło nam Masare. Maleńka miejscowość położona nad jeziorem. Z jednym sklepem Coop, bez apteki. Z pizzerią położoną prawie, że pod wodospadem (do którego trzeba dojść z 1,5km). Plan na 4 dni zakładał lekki rekon 70km, pętla na Cortinę 130km, Selle Ronda 100km i rozchodniaczek przed powrotem do domu około 2h. Może i krótko, ale bardzo treściwie – takie szybkie weekendy bardzo dobrze się nam sprawdzały i naprawdę nikt nie czuł niedosytu.
Po pobudce, czułem się trochę jak skacowany po nocnej zabawie. Z tym, że nie bolała mnie głowa a żołądek. Samo wyjście na rower chciałem odwlekać w nieskończoność, nawet tą piętnastominutową. No ale trzeba było ruszyć na pierwszą pętle. Upał był niesamowity, ciężkie powietrze. No ale jednak zmiana planszy dobrze poskutkowała na głowę. Niemniej, starałem się jechać mocno zachowawczo. Żeby oszczędzać siły na całość 70-80km pętli. Wiem, że minęło trochę czasu od tego wyjazdu, ale jak staram się przypomnieć coś z tej trasy to w sumie pamiętam, że dojechałem na pierwszy podjazd. Przed nami był zjazd, kolejny podjazd i w sumie koło 30km do domu po płaskim lub w dół. Jak już pisałem, upał był naprawdę męczący. Lampa w chu.. Pamiętam, że chłopaki pytali się czy dam radę dalej, w sumie to nawet nie chciało mi się z nimi gadać. Kawałek podjechałem dalej, zrobiliśmy pauzę na zaporze. Wszyscy robili zdjęcia, a ja leżałem na kierze. I naprawdę nie byłem pewny co dalej. Zjechać bym zjechał, ale czy podjadę? Może podjadę? Ale czy będę ogarniał na zjazdach przy prędkości +60km/h? Z bólem, stwierdziłem, że wracam do domu. Ale to chyba dzięki Grzesiowi, bo powiedział, że poleci ze mną. Więc, zawróciliśmy i ruszyliśmy do domu. W głowie miałem tylko prysznic i łóżko. I tak w sumie od koło 15 godziny do 21 leżałem w łóżku, próbując się regenerować. Niby pod wieczór było lepiej, nawet wrócił apetyt. Ale na drugi dzień mieliśmy lecieć w kierunku Cortiny i na liczniku czekało koło 130km…




Rano było już naprawdę znacznie lepiej. Tyle, że nie wiadomo było na ile te lepiej się uda utrzymać. Garmin po nocy powiedział, że moje body battery zyskało 20 kilka oczek i całościowo wynosiło chyba 25.. No cóż, wcisnąłem w siebie bułkę, banana i pomidora i ruszyliśmy. Oczywiście zaraz zaczął się podjazd, widoki zajmowały głowę, a lampa nadal była w chu. Z tego dnia jednak pamiętam dużo więcej, jak nie wszystko. Dolomity to rzeczywiście wyjątkowe góry. A Cortina do której wjechaliśmy, to naprawdę mekka/stoilica sportów górskich. I nie chodzi tu tylko o to, że podczas tego weekendu gościła bieg Lavaredo UTMB. Po prostu to co się działo w krajobrazie podczas wszystkich naszych jazd, to nieskończone szczyty, postrzępione zęby i dużo pięknej infrastruktury pod aktywną turystykę. Ciężko to opisywać słowami, bo w porównaniu do tego co widać, wydają się one dość puste.



W porównaniu do dnia pierwszego, jechało się naprawdę całkiem nieźle. Ale nie chcąc przesadzić, odpuściłem podjazd pod Tri Cime i polecieliśmy z Grześkiem dalej. Z całej pętli, najbardziej urzekł mnie widok, na dolinę w której mieściła się nasza miejscówka. To dla mnie taka perełka, o której pewnie nikt nie pisze w przewodnikach, bo przecież w koło jest dużo więcej, bardziej spektakularnych atrakcji. Dzień zaliczyłem do totalnie udanych, rozładowałem swoje body battery chyba w pierwszej połowie jazdy, ale pomimo tego, czułem, że coś tam w nogach jeszcze zostało i dzień trzeci nie będzie przeleżany w łóżku. A bałem się tego, że taka duża wyrpa się na mnie zemści.





Po dotarciu Chudego i Uwe, ruszyliśmy jeszcze obowiązkowo do knajpy. Trochę mi było żal, bo przez problemy żołądkowe, wcale nie miałem apetytu i podjarki knajpami i włoskimi specjałami. Niemniej po picce, zaliczyliśmy jeszcze lokalny wodospad i uznałem, że wyjazd na szczęście nie był stracony.



Dzień trzeci, to była piękna Sella Ronda. Za każdym razem, jak gdzieś się jedzie na 3-4 dni jazdy, to jest taki dzień, który jest totalnym sztosem. To tak jak nad Gardą uważałem, że zjazd z Tremalzo to była jazda życia. Pętla Bormio-Mortiloro-Gavia była najlepszą wyrpą wyjazdu zeszłorocznego i chyba jeden z najlepszych dni na rowerze w życiu. Tak Sella Ronda to była pętla tego wyjazdu. Praktycznie całość pętli czułem się bardzo dobrze, mając na uwadze stan z przed dwóch dni. Pierwszy podjazd w towarzystwie Rigoberto Urana, szarlotka na przełęczy. Piękne i szybkie zjazdy, napełnianie bidonów w źródełkach. Niesamowite widoki i ucieczka przed niezłą burzą i ulewą, pomimo, że nie do końca udana (bo nas złapała) to był przepiękny dzień w siodle. A na koniec, będąc w domu myślisz, że nawet teraz można by się spakować i wracać, bo po tych trasach to już naprawdę wiesz, że wyjazd jest udany i wyczerpany.






I może tak trochę wykrakaliśmy, ale w poniedziałek nad ranem obudził mnie charakterystyczny dźwięk, jaki towarzyszy samochodom mknącym po mokry asfalcie. Ostatniego dnia, planowaliśmy 2h traski, zakupy i powrót do Polski. Niestety prognoza i chmura pokazywały, że jesteśmy skazani na ulewę. Więc postanowiliśmy się spakować i ruszyć na zakupy, rezygnując z jazdy w deszczu. Może i smutno, ale naprawdę pozostałe dni naprawdę bardzo nam wynagrodziły ten brak ostatnich kilometrów. Ja i tak byłem zadowolony, że udało mi się w ogóle pojeździć dobrze, pomimo początkowych trudności. Może i był lekki niedosyt, ale trzeba docenić to co udało się zrealizować. Dolomity, to naprawdę góry w które warto by wrócić. Choć cholera wie, jak to będzie. Bo przecież jest jeszcze tyle do zaliczenia. 😉
