unnamed 2 scaled

Brevet Bobry na Gravele

////

W tym roku, na „otwarcie sezonu” postanowiliśmy wybrać się do Pika na imprezę z cyklu Race Through Poland – Brevet Bobry na Gravele. Wypadałoby napisać w ogóle o co w tym chodzi. Bo pomimo, że na dystansie gravelowym dojechałem z pierwszym czasem to nie znaczy, że wygrałem. Bo w sumie nikt nie wiedział/nie ścigał się. No bo to Brevet. Druga sprawa jest taka, że był to krótki weekendowy wypad do Janowic Wielkich – a więc Rudawy. Które upłynęły nam na pięknym biforku w postaci super pętli, nowej płycie Archive i przeświadczeniu, że przeciętne cele w życiu to najlepsza opcja ever. Bo co może być lepszego niż dwa dni kręcenia po idealnych „górskich” pętlach gravelowych w idealnym oknie pogodowym?

No ale od początku, jakiś czas temu Piko opublikował kalendarz wydarzeń na 2026 rok. W którym oprócz klasycznego Race Through Poland, możemy znaleźć co najmniej dwie idealne opcje nieopodal S3 – czyli w Janowicach Wielkich – Brevety Bobry na Gravele który odbył się w ostatni weekend oraz opcja „Karkonoska” planowana na wrzesień 2026. Brevet czyli:

 „Brevet to długodystansowy rajd kolarski, którego korzenie sięgają końca XIX wieku. Uczestnicy pokonują trasy o różnych długościach, zaliczają z góry określone punkty kontrolne i dążą do ukończenia trasy w określonym limicie czasu. Mogą podróżować w grupach lub samodzielnie, według własnego uznania, a miarą sukcesu danego uczestnika jest po prostu ukończenie brevetu, bez względu na kolejność przyjazdu na metę”.

Na każdej imprezie mamy do wyboru dwa dystanse szosowe (100/200km) oraz jeden gravelowy (100km). Na początku planowaliśmy z Grześkiem machnąć dwusetkę po szosie. W końcu nowe Aeroady, aż się proszą o jazdę. Z drugiej strony, Dolny Śląsk zawsze kojarzył mi się z idealną krainą do której najlepiej gravelem. No i opcja biforka w postaci 60km po Rudawach jednak zaważyła na wyborze.

Klasycznie wyruszyliśmy z samego rana. Szybki przelot S3 na naszą bazę, umilał nam już wspomniany album Archive Glass Minds. Raz dwa dojechaliśmy na miejsce, zrzuciliśmy nasze rzeczy do mieszkania i ruszyliśmy od razu (pod górę) w Rudawski Park Krajobrazowy. Można by to podsumować tak: sześć dyszek, dwa podjazdy na dzień dobry i po 2,5h jesteśmy w domu. Odpoczywamy i jutro stówka.

W rzeczywistości wyszło trochę inaczej. Dosłownie spod domu ruszyliśmy prawie 300m do góry na pierwszych 4km. Później pięknymi szuterkami troszkę w dół, lekko do góry i znowu ładnie w dół. Tylko po to, żeby na dwunastym km zacząć drugi podjazd. Tym razem prawie 400m do góry na lekko ponad pięciu km trasy. Gdyby nie to, że pod koniec trzeba było uważać żeby nie spaść na plecy do tyłu (przy nachyleniu 23%), można by powiedzieć, że pięknie było jak w Harz’ach! Z drugiej strony, skoro daliśmy radę na blatach 42t to już na Brevecie u Pika będzie łatwiej. Będzie łatwiej co nie?

Ja wiem, że brzmi to źle, że to było głupie. Albo to jakieś przechwałki. Ale to było takie carpe diem – „jak życie daje ci cytryny to robisz lemoniade”, a jak jesteś leniem i nie zmieniasz blatu bo nie masz, to robisz lemoniadę w udach. Ale z kwasu mlekowego, a nie cytryn.

Powiedzieć, że Rudawy nas zachwyciły to jak nic nie powiedzieć. Chwilę po pierwszych cierpieniach, zjeżdżaliśmy przez Kopalnię Dolomitu w Rędzinach. Później znowu pięknymi szutrówkami pędziliśmy w kierunku Kowar. Po drodze zaczepiły nas lokalne kundle – dwa wesołki które postanowiły rzucić wszystko i ruszyć z nami w drogę. Na szczęście udało się je zgubić po paru metrach, choć dzielnie dawały sobie radę.

Można powiedzieć, że po Kowarach to już poszło jak z płatka. Nagle okazało się, w półtorej godziny można przejechać ponad 30km, a nie ledwie 20km.. Co nie zmienia faktu, że przelot przez Bukowiec, Krogulec czy Łomnice nie był płaski. Był przyjemny i miał jeszcze lepszy flow. A wszystko to w słoneczku z widokiem na Śnieżkę. Gdzie wady pytam się?

Dzień drugi niestety zapowiadał się na ostatni zdatny do jazdy. Wszystko dlatego, że pogoda zlitowała się i zrobiła okno pogodowe na biforek i sam dzień Brevetu. Niedzielna prognoza była zimna i wilgotna. Z możliwym opadem śniegu. Jak dla mnie uczciwy to był deal. Bo przez całą sobotę mieliśmy dość stabilne 7 stopni, praktycznie brak wiatru.

Na bazę Brevetu mieliśmy dosłownie rzut kamieniem. Po kilku minutach odebraliśmy karty Brevetowe, spotkaliśmy znajomków i chwilę przed 9:00 odbyliśmy odprawę i ruszyliśmy w jednej z pierwszych grup. Na początek lekki przelot niezłym asfaltem w kierunku Jeleniej Góry. Po drodze mieliśmy towarzysza, który niestety zerwał linkę od przerzutki i musiał lecieć na serwis w Jeleniej Górze. Na początku podjazd pod Krzyż Milenijny gdzie mieliśmy pierwsze zadanie w ramach CP2. Na krótkim podjeździe dołączają do nas gravelowcy – dostaje pozdrowienia od Hopeless Outdoor Team i lecimy w kierunku CP3 na Górze Szybowcowej.

I zaczyna się pierwsza zabawa, na lekko mokrym polu, gdzie nawierzchnia lekko gliniasta wciąga oponę. Pierwsza myśl: powodzonka dla tłustych slicków, druga: kurde te 42t na korbie to chyba nie do końca dobry pomysł. Jak się okazało tu pierwszy raz trzeba pchać i lecieć końcówkę z buta później już było „lżej” hehe.

Na Górze Szybowcowej liczymy tabliczki w ramach zadania i zostawiamy chłopaków którzy decydują się rozebrać na zjazd. Ja naciągam Buffa na gębę i lecimy w kierunku Jeleniej Góry i kolejnego CP4 – gdzie sprawdzamy „kto nie może wejść do wieży widokowej”. Sam poranek jest może i rześki, ale nadal uważam, że pogoda była idealna. Po drodze mijamy się z uczestnikami dystansu szosowego i lecimy do na CP5 do Gościńca Perła Zachodu złapać pieczątkę. Dalej już wijąc się wzdłuż Bobru pokonujemy pierwsze single.

Po drodze 3-4 razy spada mi łańcuch na największym blacie kasety. Mały problem, lecz wkurzający. Przez co Grzesiek i kilka osób odjeżdża mi, a ja w miarę bezpiecznie przejeżdżam chyba najdłuższy odcinek offroadowy. Po chwili znowu wjeżdżam na asfalt i gonię za Grześkiem. Na CP6 Zapora Pilchowicka podwójna niespodzianka, Grzesiek jechał z Gaborem z poznańskiego Bike Park u którego na studiach serwisowałem mieszczucha. Kolejna niespodzianka to zadanie Brevetowe które brzmi „naklejka jakiego peletonu jest na tabliczce ER6?” i tu okazuje się, że to wlepka szczecińskiego Patopeletonu!

Po krótkiej pogawędce, w trójkę ruszamy w dół w kierunku Wlenia. Sam Wleń dobrze pamiętam z ostatniego pobytu w Bolesławcu. Patrząc po mapie wiedziałem, że tu będą naprawdę niezłe odcinki. Sam dojazd do CP7 i Zamku był całkiem przyjemny, ale złoto zaczęło się zaraz za nim. Piękne szutrówki, góra-dół. Objazd Wlenia, powrót, jeszcze jeden podjazd i już byłem w drodze do Bystrzycy, do CP8. Na początku miałem pewne obawy o jazdę i sprawdzanie „wyzwań” do zrealizowania w karcie Brevetowej. Przy Cisie okazało się, że głowa już się trochę wyłącza i na początku nie mogłem znaleźć informacji potrzebnej do zaliczenia punktu. Po dwukrotnym przeczytaniu informacji z tabliczki, wreszcie znalazłem to czego szukałem i mogłem ruszyć dalej. Nogi już trochę czuły trudy trasy, a największe wyzwanie w postaci Łysej Góry było na 99km. A przede mną jeszcze lepsze odcinki i widoki.

Może i ostatni CP9 był najwyżej i był najdłuższym podjazdem, ale dojazd do niego i sam zjazd do było coś dla czego warto było wpaść na Brevet do Pika! Może nie było łatwo, może już nie miałem za wiele sił, żeby robić fotki. Ale to co widziałem i co przejechałem to było złoto. Po męczącym podjeździe, musiałem znaleźć ostatnią zagadkę Brevetu – „na ile wkrętów wkręcona jest tabliczka obiekt monitorowany na drzewie przy przekaźniku?” – a było takich przekaźników trzy! Po ogarnięciu, załadowałem ostatniego żelka i mogłem ruszyć w dół tak szybko jak umiem kręcić. ALE!

W połowie zjazdu, zauważyłem flagę RTP i lotny punkt kontrolny – po wyhamowaniu okazało się, że to bufet. W menu: banan, kofola i ciasto. Długo nie namyślając się, „zamówiłem” kubek kofili, który z zerowałem szybciej niż podano mi ciastko! Po wszystkim mogłem ruszyć na ostatnie 18km do Mety. Po drodze zakładając jednak rękawiczki, bo okazało się, że cieplej to już dziś nie będzie.

Jak to bywa na takich wypadach, ciężko wszystko dobrze zrelacjonować i zobrazować. Bo zwykły szaro-blady dzień, to nie jest coś o czym można wiele dobrego napisać. To nie jest piękny warun, ale na taką jazdę był idealny. A Dolny Śląsk czy „poniemieckie” może jest pełne uroku, choć dla większości jest to wątpliwa teoria, ale też jest jakby brutalne w swojej formie. Dosadnie opisał to Michał:

” Bezlistne badyle sterczą na poszarpanym brzegu, a w mętnej wodzie gniją konary obgryzione do żywego – owoce mozolnej, zwierzęcej architektury. Brevet nazywa się „Bobry na gravele”. W milczeniu obserwujemy ten prymitywny wandalizm natury, który jest tu jedynym przejawem życia.

Wybitne single prowadzą nas pod samą zaporę w Pilchowicach. Kolejny dowód na to, że każdy tutaj chce coś zatrzymać. Ponad stuletnie, kamienne cielsko – niemiecka myśl techniczna zamieniona w monument porastający mchem. Bobry i ludzie. Obie te siły próbują wyrwać rzece kawałek stałego lądu.

Wokół majaczą zabudowania, które lata świetności mają dawno za sobą; czerwona cegła i ciężkie, poniemieckie bryły wyglądają, jakby zastygły w oczekiwaniu na powrót gospodarzy, którzy nigdy nie przyjdą. Jesteśmy tu tylko intruzami na rowerach.”

Do wszystkiego dochodzi ładunek emocjonalny, uwielbienia dla tych terenów. A zarazem wspaniałego flow jakie odczuwałem na tej trasie i różnorodności nawierzchni, splątanej wspaniałymi segmentami. A także to, że od połowy jechałem sam i mogłem mieć to wszystko dla siebie. Chłonąć podskórnie, nie musząc z nikim rozmawiać.

Na koniec wjechałem samotnie do szkoły, gdzie okazało się, że jestem pierwszy na dystansie szutrowym. Pozostało już tylko uścisnąć dłoń autorowi tego pięknego dnia i pójść na stołówkę. Z talerzem ciepłej zupy, pożywnym ryżem i słodkim brałni. Popijanym szkolnym kompotem i Małą Czarną! Bo przecież to nie był wyścig, to nie były zawody. Ot piękna ustawka, na pięknej trasie, z ludźmi którzy „po nic” przyjechali z różnych miejsc. A to co przejechali było nagrodą samą w sobie dużo lepszą niż medal, czy miejsce w konkretnej grupie wiekowej..